close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Sobota, 2020-01-25

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8363108, ilość odsłon: 65567855
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2020 (4264)
2020.01.28 Katowice. Dyżur psychologa ODWOŁANY (844)
2020.01.21 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (45822)
2020.01.14 Katowice. Dyżur psychologa (45149)
Sylwester 2019/2020 w Tęczówce (6907)
„Casa Valentina” w Och-Teatr (15617)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (69766)
Sobota nad morzem. (22265)
Oczami Nowicjuszki (26648)
Do trzech razy sztuka czyli ... (27083)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (730725)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (627089)
Strony prywatne (397503)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (347744)
Zakupy za granicą (315449)
Wiązanie krawata (292386)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (256989)
Jaka fryzura? (256722)
Zakupy w Polsce (248598)
Zestawienie rozmiarów obuwia (242742)
...więcej...

Powrót do: Opowiadania

Bitwa pod Grunwaldem wg Dziubaska
Liczba wyświetleń: 7644


W skrócie:Urlik von Gierrtychen zaciekle i z nienawiścią opędzał się od ludzi którzy go otoczyli. Złapany w pół w pasie jeszcze wyciągnął rękę w kierunku człowieka z kolczykiem w nosie: – Nie, nie... Odmieńcze, och... Ała! Poczekaj, w moich ostatnich chwilach chociaż ci ten kolczyk wyrwę z nosa!

Do artykułu dodano 15 komentarzy. Pokaż komentarze.
W ciemnym pokoju słychać było tylko miarowe , ciche stukanie małego budzika . Duża wskazówka powoli zbliżała się do mniejszej, gdy nastąpiło ciche pstryknięcie oznajmiające chwile gdy obie wskazówki minęły się. Rozległo się ciche pikanie, które z wolna przybierało na sile. Pan Zdzisław wyłączył budzik przeciągnął się i ziewając spojrzał na swój sprzęt wędkarski.

* * *

Autorka opowiadania odłożyła zeszyt, w którym pisała, po czym pobiegła do drugiego pokoju gdzie zaczęła przebierać w stercie książek, starych pitów, jakichś czasopism, zapalczywie szukając mapy Polski.
– Jest , jest – krzyknęła z radością i zaczęła sprawdzać, czy w miejscowości, którą chce opisać występuje jezioro, rzeczka, jakiekolwiek miejsce gdzie pan Zdzisław mógłby spokojnie łowić ryby . Po chwili szukania otworzyła mapę na odpowiedniej stronie.
– Cholera, zaraz, chyba że ta mapa jest niezbyt dokładna, Zdzisiek musiałby niezłą drogę pokonać. Niech pomyślę... Dobra, niech idzie na grzyby, a ryby niech kupi sobie w pobliskim spożywczym.

* * *

Pan Zdzisław otworzył szafę, wyjął z niej kosz na grzyby i z żalem schował do niej swoje wędki zamykając drzwi szafy na klucz.
– Co za głupia baba, jakbyś nie wiedziała, że wędkarstwo to moje hobby, nie mogłaś mi wymyślić samochodu albo głupiego biletu na jakiś środek komunikacji ? Grzyby, grzyby... sama sobie idź na grzyby.

Autorka zmarszczyła gniewnie brwi mocniej dociskając długopis.

– Zdzisiu to ja pisze to opowiadanko, natychmiast marsz na grzyby . Będzie mi tu dyskutować, a ja jeszcze dzisiaj muszę wypełnić PIT – pomyślała z niechęcią – znów na ostatnią chwile.

Pan Zdzisław naburmuszony zjadł śniadanie i mrucząc coś pod nosem posłusznie poszedł na grzyby.

– Dopiero za jakąś godzinę będzie świtać, nie mogłaś wyprawić mnie na te grzyby trochę później? Jak ja te grzyby zobaczę?
– Spokojnie, zanim dojdziesz do lasu będzie już świtać, a zresztą jesteś tylko fikcyjną postacią, którą sobie wymyśliłam, więc powstrzymaj się od tych komentarzy misiaczku.

Pan Zdzisław cierpliwie podążał w kierunku lasu narzekając na swoją ciężką dole . Nagle stanął przez chwilę nasłuchując, gdyż do jego uszu dobiegła jakaś cicha melodia dobiegająca skądś z oddali. Zaciekawiony poszedł w kierunku skąd dobiegała melodia. Gdy zbliżał się do celu nie miał już wątpliwości, było to radio tranzystorowe, z którego ktoś pewnie słuchał jakiejś audycji. Lekko stąpając rozchylił gałęzie gęstych krzaków...

Zobaczył ognisko i niewielki namiot przed którym stała jakaś kobieta, która czesała swoje długie czarne włosy. Patrzył na nią jak zahipnotyzowany, po czym otrząsnął się i powoli zaczął się wycofywać nie mogąc oderwać od niej wzroku . Powoli podnosząc głowę otworzył usta ze zdumienia gdyż w trakcie jak ogarniał coraz większą przestrzeń zaczynał dostrzegać coraz więcej namiotów.

– Co jest, biwak jakiś czy co? – wyszeptał w zamyśleniu.

Pan Zdzisław podczołgał się do urwiska...spojrzał i zdębiał.

– Można powiedzieć, że opadła mu kopara – pomyślała autorka

Namiotów nie było około pięćdziesięciu, jak początkowo myślał, tylko setki, tysiące. Cała przestrzeń jak okiem sięgnąć była usiana namiotami większymi, czy też mniejszymi, gdzie krzątały się jakieś niewyraźne postacie. Jakiś czas temu już zaczęło świtać, powoli z niewyraźnych kształtów ludzi na dole zaczął dostrzegać coraz wyraźniejsze szczegóły.

– Co tu się dzieje... a niech to drzwi ścisną, co to za ludzie? – mruknął w zamyśleniu. Kształty zaczynały być coraz wyraźniejsze . Nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– Ooorany, tam są faceci przebrani za kobiety... kobiety przebrane za facetów... kobiety przebrane za kobiety i faceci ...tutaj oczy przetarł z największym zdumieniem tam byli również faceci przebrani za prawdziwych facetów, tego jeszcze nie widział.

– Acha pewnie kręcą tu jakiś film – pomyślał.

Nagle zobaczył ciemność, uderzenie w tył głowy spowodowało, że stracił przytomność.

– Widzisz mądralo, ja tu rządze – z zadowoleniem pomyślała autorka.
– A niech to... nie tylko ja – wyrzuciła długopis który odmówił posłuszeństwa. W przedpokoju otworzyła szufladę, gdzie spoczywało pięć nowiutkich długopisów.

Pan Zdzisław został dowleczony do wielkiego namiotu, gdzie mimo wczesnej pory trwała ożywiona narada.

– Kto to jest? – spytała transetka, która charakteryzowały niebywale wielkie gabaryty. Była dowódcą jazdy ciężkiej, gdzie do tej formacji przyjmowano ludzi ważących powyżej 100 kg.
– Szpieg krzyżaków pewnie – krzyknęła jakaś transetka, której jednak oręż był całkiem odmienny od jazdy ciężkiej. Była śliczna. Zazwyczaj stawała przed wrogiem robiąc usta w śliczny dziubek i trzepotała rzęsami czekając, aż jąkający się przeciwnik zacznie wspominać cos o kawie; wówczas jego zamroczenie było dopełnione uderzeniem niewielkiej torebki. Orężem jazdy ciężkiej były straszliwie ciężkie torby wypełnione kamieniami ale i nie tylko w skład ich uzbrojenia wchodziły również nogi manekinów sklepowych w środku wypełnione ołowiem, z zewnątrz zaś nabite ćwiekami dla zadania większego bólu przeciwnikowi i wiele innych przedmiotów, na których sam widok przeciwnik uciekał w popłochu.

Do namiotu weszła piękna kobieta z pięknymi czarnymi włosami. Blask jaki od niej bił i moc sprawił, że rozmowy momentalnie ucichły.

– Miłościwa pani krzyżacy przysłali szpiega – powiedziała jakaś kobieta ubrana w męski dres, zazwyczaj chodziła w garniturze, ale nie dziś...
– Ocućcie go – powiedziała królowa patrząc na nieprzytomnego pana Zdzisława, na którego zaraz wylano wiadro wody. Pan Zdzisław powoli dochodził do siebie.

– Kim jesteś ? – spytała.
- Ja... przyszedłem tu na grzyby, po które wysłała mnie ta wariatka – powiedział myśląc o autorce.
– Jak się nazywa ta miejscowość? – spytała królowa.
– Która? – Zdzisiek jeszcze całkiem nie doszedł do siebie.
– No ta za tymi łąkami.
– Grunwald, proszę pani – grzecznie odpowiedział pan Zdzisław.
– Grunwald... Już kiedyś słyszałam tą nazwę.
– Kiedyś stoczono tu wielką walkę o wolność miłościwa pani – powiedział ktoś.
– W 1410 – wtrącił jakiś wytatuowany mężczyzna z kolczykiem w nosie, który znalazł się tu tylko dlatego, że zaczęto mu zabraniać noszenia tego kolczyka.
– O, a skąd znasz tą datę – spytała królowa – pewnie z książek?
– No nie do końca – mężczyzna zarumienił się. - Pędziłem kiedyś bimber.
– O wolność powiadasz, jak historia lubi się powtarzać. Moi drodzy znów walczymy z krzyżakami. Zgromadzili oni wielkie siły, do ich armii dołączyli najemnicy z całej europy, jednak zwyciężymy! Pamiętajcie o co walczymy. O wolność, znów o tą wolność, której zaczyna nam brakować. Będzie to walka na śmierć i życie...

* * *

– Na śmierć i życie – powiedział Urlik von Gierrtychen siedząc w namiocie otoczony przez swoich kamratów.
– Odmieńce, odmieńce – sapał z nienawiścią. – Kamraci! Walczymy o to, żeby był porządek na świecie, żeby każdy znał swoje miejsce w szyku, o to żeby nie zawładnęła nami ta hołota.

Spojrzał na związanych do bólu trzech ludzi.

– Jeszcze raz ktoś rozczłonkuje moje imię będzie leżał jak oni – wskazał na związanych ludzi, którym zaczynało juz dotkliwie brakować wody.
– Rozczłonuje, panie – do ucha Urlika zbliżył się jego osobisty doradca.
Urlik von Gierrtychen nie zmieniając wyrazu twarzy powiedział spokojnie.
– Chcesz leżeć obok nich?
Doradca skulił się i powoli się oddalił.
– Gdzie ich jazda ciężka?
– W lesie wielki mistrzu.
– No tak, wiedziałem, wstydzą się swojej odmienności, trzeba jakoś ich stamtąd wywabić. Walcząc tutaj mamy większe szanse.

Skulony doradca przybliżył się do ucha swojego mistrza.

* * *

Królowa stała długo jeszcze przemawiając do wyraźnie już znudzonych ludzi, którzy od dawna wiedzieli po co tu się znaleźli. Nagle zabrzmiała skoczna melodyjka. Pram... pam... pam... bum... tum... tum... tum. Niektórzy ze zgromadzonych zaczęli sobie obmacywać kieszenie.
– To mój – uśmiechnęła się królowa i wyjęła telefon komórkowy.
– Tak, tak. Dobrze, niech przyjdą, włos im z głowy nie spadnie, zaręczam – powiedziała, po czym zamknęła klapkę w telefonie.
– Coś tam mają do powiedzenia, ciekawe co? – zamyśliła się.

Do namiotu weszło dwóch twardzieli niepewnie rozglądających się po wszystkich. Byli odważni i mocni w gębie, ale tylko wtedy, gdy było przy nich trochę więcej kolegów. Swą niepewność zręcznie maskowali energicznym żuciem gumy. Jeden szturchnął drugiego w ramię.
– Ty mów. – Co? Dlaczego ja – szeptem odpowiedział drugi.
– No dobra, jest tak, hm... Królowo... Nasz wielki mistrz Urlik von Gierrtychen wzywa was... no, wiecie sami, do bijatyki i żebyście też wyleźli z tego lasu, strach was obleciał czy co? A może nie macie czym walczyć, także odżałowaliśmy trochę kasy i kupiliśmy wam te dwie damskie torebki. Bo chyba tylko tym potraficie walczyć – powiedział z pogardliwym uśmieszkiem.
– Ale kur... obciach był jak je kupowaliśmy – dodał drugi rytmicznie poruszając szczęką. Olbrzymia transetka ważąca coś około 150 kg, kiedyś podnosząca ciężary,mocniej ścisnęła uchwyt swej ogromnej i niebywale ciężkiej torby.
– Spokojnie, potem będziemy się bić – powiedziała królowa, zatrzymując rękę transetki – nie będę robić z gęby dupy.
– Torebek u nas nie brakuje, ale te weźmiemy, bo są, hm przepiękne, zajefajne są te wzorki.

Dwóch twardzieli powoli tyłem wyszło z namiotu.

* * *

Las oddawał swoje tajemnice pozwalając przebić się pojedynczym promieniom słońca. Zapach mchu i żywicy upajał swoją namiętnością delikatnie kołysząc zmysły. Z oddali słychać było stukanie dzięcioła, słychać było pojedyncze śpiewy ptaków.

– Ciężko będzie umierać – pomyślała przeraźliwie chuda transka, w nostalgii pocierając ręką policzek. Nagle poczuła złość na wszystko, nawet na to, że w okolicznych sklepach zabrakło czegokolwiek, co mogłoby posłużyć do ogolenia się. Ręka która przed chwilą wyczuwała znienawidzoną szorstkość na policzku ze złością zaczęła pakować kamienie do torebki.

– Ups – pomyślała autorka. Skąd w lesie gdzie jest mech wzięły się kamienie? No dobrze, skądś się tam wzięły, był to las uniwersalny, nie bądźmy tacy drobiazgowi. Zaczęła przeliczać kartki od zeszytu. – No dobrze, starczy. Przecież jak ktoś to będzie czytał, to uśnie. Powinnam teraz opisać walkę, ale w sumie po co, kto ma za grosz wyobraźni może sobie wyobrazić jaka była młócka.

Bitwa powoli dobiegała końca .Wojska krzyżackie były rozbite w drobny mak. Gdzieniegdzie jeszcze walczyły jakieś niedobitki, ale to już była tylko jatka, zwykła rzeź. Urlik von Gierrtychen zaciekle i z nienawiścią opędzał się od ludzi którzy go otoczyli. Widmo śmierci zaczęło mu zaglądać w oczy. Nie mógł się pogodzić z myślą, że zaraz umrze z rąk ludzi, którymi tak pogardzał. To były jego ostatnie chwile, złapany w pół w pasie jeszcze wyciągnął rękę w kierunku człowieka z kolczykiem w nosie.
– Nie, nie... Odmieńcze, och... Ała! Poczekaj, w moich ostatnich chwilach chociaż ci ten kolczyk wyrwę z nosa, ty szczurze.

Jednakże już nie zdążył, ponieważ poznał na własnej głowie metodę działania pewnej zasady dynamiki. Wielka rozpędzona torebka zderzyła się z jego głową. Upadł, odszedł do swojej krainy gdzie nie ma miejsca dla ludzi innych niż sobie wymarzył, gdzie wszyscy są jednakowi... Odszedł do swojej wyśnionej krainy, gdzie wszyscy razem równo maszerują, mając jednakowe mundurki unoszą ze śpiewem swoje sztandary.

* * *

Przy niewielkiej kępie drzew stała dość spora grupka osób. Wszyscy patrzyli na leżącego wielkiego mistrza, który leżał na sztandarach. Jedna z tych, osób charakteryzująca się długimi czarnymi włosami, których spokój był teraz mącony przez niewielki podmuch wiatru, powiedziała:
– Oto ten który jeszcze nie tak dawno uważał się za... no, no... figo fago, kawa marago... Co za jakiś sama nie wiem, motyla noga.
– Królowo nie wypada przeklinać w takim momencie.
– A, bo mnie zdenerwował. Dobrze, kończmy to, idziemy na piwo. Zapraszam wszystkich. – Jednakże gdy zobaczyła ilu jest chętnych i znając możliwości niektórych transetek szybko dodała – Ale każdy płaci za siebie.

* * *

Pan Zdzisław w niewielkiej już odległości od swojego domu siedział pod drzewem. Spoglądając w dal patrzył na szumiące drzewa, których zupełnie nie widział. W jego głowie przesuwały się obrazy, których był naocznym świadkiem. Dopił trzecie piwo, po czym ścisnął puszkę i rzucił ją daleko przed siebie sięgając po następne.
– Chyba Zdzisiu starczy tego browarka na dzisiaj – mruknęła autorka.
– Starczy? A właśnie że nie starczy, jak w ogóle śmiesz mi rozkazywać? Jesteś dla mnie wredna, myślisz że to uderzenie w głowę nie bolało? Odbierasz mi to co kocham, to co lubię. Mój ukochany sprzęt wędkarski zamknęłaś w szafie, każąc mi robić coś, za czym nie przepadam.
– Ale ty przecież jesteś wymyślony fikcyjny... nieprawdziwy.

Pan Zdzisław zerwał się na równe nogi.
- A ty? A ty? Jesteś prawdziwa ? Czym się różnisz ode mnie, czy twoja egzystencja jest prawdziwsza? Idź, stań przed lustrem i powiedz sobie „tak, jestem prawdziwa”.

Autorka powoli, w zamyśleniu oderwała wzrok od zeszytu na którym pisała, niepewnym wzrokiem rozejrzała się po pokoju, pokoju tak przeraźliwie pustym...

– Może i masz racje, a może i nie – rzekła powoli zaprzestając pisania

* * *

W niewielkiej posiadłości właśnie kończono przygotowania do odpalenia sztucznych ogni na cześć pary młodej, która akurat podjeżdżała wspaniałą limuzyną. Pan Zdzisław szedł powoli, w zamyśleniu rozgarniając drobne gałązki które leżały przyniesione przez wiatr . Nagle niebo pękło, potem znów i znów całe skrząc pozwalało drobnym gwiazdkom spaść na ziemię.

On jednak nie patrzył na te piękno, które rozgrywało się nad jego głową, było to jakieś w tej chwili nieważne. Przypomniał sobie tą chwilę, gdy zobaczył królową, jak wtedy przed namiotem czesała swoje długie czarne włosy wykonując tak przeraźliwie kobiecą czynność i ten moment pożegnania, kiedy poprosił o to, żeby choć zdradziła swoje imię, żeby je na zawsze zachował w swoim sercu.

Pamiętał ten nieskończenie krótki moment, tą chwilę, kiedy dane mu było zobaczyć jej piękny niepowtarzalny uśmiech i usłyszeć cichy szept, którym wypowiedziała swoje imię... Laura.

Opublikowane przez:
Monika
dziubasek




Do artykułu dodano 15 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Opowiadania

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8476
On line: 51
Zalogowani:
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą
Julian Tuwim

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl