close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Sobota, 2020-01-25

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8363066, ilość odsłon: 65567734
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2020 (4263)
2020.01.28 Katowice. Dyżur psychologa ODWOŁANY (844)
2020.01.21 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (45817)
2020.01.14 Katowice. Dyżur psychologa (45146)
Sylwester 2019/2020 w Tęczówce (6892)
„Casa Valentina” w Och-Teatr (15613)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (69765)
Sobota nad morzem. (22260)
Oczami Nowicjuszki (26645)
Do trzech razy sztuka czyli ... (27078)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (730707)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (627081)
Strony prywatne (397501)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (347739)
Zakupy za granicą (315443)
Wiązanie krawata (292385)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (256985)
Jaka fryzura? (256715)
Zakupy w Polsce (248595)
Zestawienie rozmiarów obuwia (242735)
...więcej...

Powrót do: Opowiadania

Wspomnienie
Liczba wyświetleń: 11233


W skrócie:W zjeżdżającej powoli na dół windzie schwyciłam dłoń mojej ukochanej. Nasze spojrzenia spotkały się. Wiedziałam co wyrażało moje – całą gamę emocji, które wypełzały z zakamarków pod i nadświadomości by w szaleńczym tańcu pochłonąć mą duszę.

Do artykułu dodano 7 komentarzy. Pokaż komentarze.
7Witajcie. Na wstępie chciałabym się Wam przedstawić. Nazywam się Marcela i podobnie jak domniemana większość moich przemiłych czytelniczek, żyję rozdarta między dwoma światami. Dwie rzeczywistości, dwa wcielenia i, co za tym idzie, znaczna komplikacja w wielu sprawach, istnienia, których ludzie spoza światka transgender nawet się nie domyślają.

By nieco naświetlić Wam mają sytuację, konieczne jest rzec jeszcze kilka słów o mej osobie. Liczę sobie 24 wiosny i od kilku latek żyję w szczęśliwym związku z moją ukochaną perełką. Ta najbliższa mi osoba od dłuższego czasu jest powierniczką mojej trans-tajemnicy. Razem nauczyłyśmy się od siebie wiele i bez większych problemów umiemy sobie radzić z moim crossdressingiem dzięki prostemu układowi. Oto co drugi tydzień pojawiam się ja, by bez ograniczeń cieszyć się swą kobiecością. I tak na siedem kolejnych dni z zewnętrznego męskiego kokonu, w całej swej krasie, wyłania się jungowska anima mająca na imię – jak – już wiecie… Marcela.

Sądzę, iż to powinno wystarczyć tytułem wstępu. Zatem przynieście sobie kawkę, rozsiądźcie się wygodnie przed monitorem i dajcie się porwać mojej opowieści.


Przez nie opuszczone żaluzje do wnętrza naszej sypialni wdarł się niepokorny promień słońca, wyrywając mnie z sennych krain Morfeusza. Przez ułamek sekundy próbowałam uchwycić w pamięci blednące elementy onirycznej układanki. Jednak sen pierzchnął już z mych myśli spłoszony nadejściem nowego dnia. Podniosłam się powoli, przeciągając odrętwiałe ramiona. Moja droga M. jeszcze spała. Poczęłam delikatnie głaskać jej złote włosy, a całusem w czółko przelać na nią krople nektaru mej miłości. Czuły pocałunek sprawił, że mój anioł otworzył swe zaspane oczy.

– Przytul się do mnie – wyszeptała cichutko M. Tej prośby nie można było, nie wysłuchać.
W mgnieniu oka połączyłyśmy się w miłosnym uścisku, a dłonie rozpoczęły swój spacer po naszych, przybranych w tiule ciałach…

Jakiś czas później stwierdziłyśmy, iż czas już najwyższy podnieść się z pieleszy i uczynić coś ciekawego z piękną, jesienną niedzielą, która zaczarowała nas już od samego przebudzenia. Włączając komputer, by umilić nam poranek nastrojową muzyką obserwowałam mojego anioła, który stojąc w lawendowej baby-dollce przed ogromnym, ściennym lustrem, rozczesywał swe długie włosy.

– Och, jakaż ona jest piękna – komplementowałam w duchu – Jej boskie ciało i ten uśmiech, który skradł mi serce w chwili naszego, pierwszego spotkania.
– A co mi się Marcela tak zamyśliła? – jej aksamitny głos wyrwał mnie z zadumy.
– Aa nic wielkiego. Po prostu staram się sobie przypomnieć na playboyową miss którego miesiąca spoglądam. – odparłam i z szelmowskim uśmiechem podeszłam do ukochanej.
– Tak... jasne. Trochę ktoś mi tu przesadza – odrzekła – Zatem ma droga, pamiętaj, że z marca – dodała.
– Swoją drogą ty, jako playmate z listopada, powinnaś chyba pamiętać – stwierdziła M., patrząc mi głęboko w oczy.

Objęłam ją mocno ramionami i jedno spojrzenie na nasze odbicia wystarczyło, byśmy zaczęły głośno chichotać. Chwilę wyzywająco prężyłyśmy się przed lustrem, jak dwie dzikie kotki, posyłając naszym odbiciom zalotne spojrzenia i namiętne pocałunki.

Złotowłosa, śliczna driada M. i ja – wysoka walkiria o kruczo czarnych włosach, której bogowie trochę tu i ówdzie poskąpili, a gdzie indziej trochę za dużo dodali. Obie wystrojone w identyczne kuse koszulki nocne i seksowne koronkowe majteczki.

– Która pierwsza w łazience wygrywa – przerwała kontemplacje ma nimfa, umykając z pokoju. Przegrana w sprincie, ale szczęśliwa w głębi serca zaczęłam się rozbierać, wsłuchana w The Cure grających z głośników komputera swój przebój „Pictures Of You”.


Jak tu nie kochać tej dziewczyny! – pomyślałam, wychodząc z łazienki po skończonej toalecie i widząc już suto zastawiony stół w naszej kuchni.
– No pośpieszyła by się trochę jaśnie pani, bo herbatka już stygnie – ponagliła mnie z ironią M., widząc moją rozmarzoną minę.
– Jedna chwila kochanie. Tylko coś na siebie włożę – odpowiedziałam. W samym staniku i majteczkach choć przyjemnie, to stołować się jakoś nie wypada – stwierdziłam w duchu.

Z szafy wybrałam jedną z sukienek. Czarną, ze wstawkami w złote różyczki, której długa spódnica sięgała do samych kostek. Wiążąc z tyłu na plecach kokardę, podreptałam wabiona zapachami na śniadanko.

Jedząc ustaliłyśmy wspólnie, że grzechem byłoby spędzić taki dzień w domu. Dumając nad kilkoma alternatywami wspólnego wypadu, M. przypomniała sobie o czymś.

– Kochanie, wiem gdzie wyruszymy – zaczęła M. – wiesz, przyszedł mi ten kwitek ze sklepu, że już są do odebrania moje buty.

Jedną chwilę starałam sobie przypomnieć o co chodzi. W końcu zrozumiałam. Moja ukochana jeszcze na wakacjach weszła w posiadanie cudownych bucików. Skórkowe cudo, które najłatwiej byłoby określić jako butki ze szkolnego zestawu japońskich uczennic, mimo dobrej i cenionej marki, szybko odmówiły współpracy. I faktycznie kilka dni temu przyszedł list z przeprosinami od firmy, iż but został naprawiony i można go odebrać w miejscu zakupu, czyli jednym z miejskich centrów handlowych.

Miałyśmy zatem plan na naszą przechadzkę, doskonałe nastroje i piękną, jesienną pogodę września za sojusznika.

Tylko co ja na siebie dzisiaj założę? – było jedyną mają wątpliwością, gdy zmywałam naczynia po wspaniałej uczcie.


Gdy moja ukochana zasiadła przed ekranem komputera, by z wypiekami na twarzy oddać się partyjce w jej ulubione Diablo, ja zaczęłam się szykować. Cóż przygotowanie do spaceru, w przypadku mojej osoby, ze zrozumiałych względów, zawsze trochę trwa.

W czasie, gdy dzielna zabójczyni posyłała z powrotem do piekielnych otchłani tuziny parszywych stworów, ja zdążyłam już zdjąć sukienkę i wybrać zestaw do planowanej eskapady.

Chwilę wahałam się, która ze spódnic będzie lepsza, ale praktyczność wzięła górę nad ekstrawagancją. W końcu, jak by nie było miałyśmy jesień i szkoda byłoby się przeziębić.

Na dokładnie wydepilowane nóżki wciągnęłam parę czarnych rajstop. Dalej w ruch poszła biała koszulowa bluzeczka zapinana na haftki, której długie rękawy wiązało się przy nadgarstkach wstążeczkami na kokardy. Do tego, w sprawdzonym po wielokroć zestawie, dobrałam czarną bluzkę na cienkich ramiączkach i wspomnianą spódniczkę „pod kolanko”, również czarną, wykonaną z ciepłego przypominającego aksamit materiału.

Następnie ze skrzyneczki z biżuterią wybrałam długi sznur koralików, pasującą bransoletką od kompletu i te przeurocze kolczyki z różowymi kamyczkami, które niedawno poszerzyły mój skarbiec.

Do pełni szczęścia brakowało jeszcze makijażu, ale co – jak wiemy z powiedzenia – się odwlecze, to nie uciecze. A jako iż mój dzielny aniołek przedzierał się właśnie w grze, w głąb Kazamatów Nienawiści ja postanowiłam pooglądać jak też jej idzie, w krucjacie przeciwko złu. Z filiżanką kawy w dłoni zasiadłam kolo niej.

– Fajnie byłoby być taką wojowniczką, no nie…? – zagadnęłam M.
– Jasne, kobiety górą... a Xena na prezydenta! – zripostował mój skarb.

I wtedy mnie tknęło. Przecież to dzisiaj miały się odbyć realne wybory. Myśl ta trochę mnie zaniepokoiła. Takie wydarzenie na pewno będzie musiało się odbić na ilości ludzi, którzy wylegną dziś na ulice miasta. W jednej chwili jakiś zimny błysk, niepokój przeszył me serce.

Wszystko będzie dobrze, jak zwykle, zapewniałam samą siebie. Tymczasem pod ostrzami pazurów wirtualnej morderczyni cielsko Mephista zmieniło się w krwawą miazgę, którą szybko pochłonęły magiczne płomienie. Wszystko będzie dobrze. Musi być.

Moja luba uskrzydlona sukcesem w grze, zaoferowała mi swą pomoc przy zrobieniu makijażu. Jej wprawne ręce z szybkością i wprawą, której ja na pewno nigdy nie posiądę, rozpoczęły swe dzieło. Podkład, puder, tusz do rzęs i delikatne, różowe cienie szybko dodały mojej buzi uroku i rozchmurzyły me myśli.

Po chwili również i M. była gotowa. Pozostało jeszcze przywdziać buty – czarne botki na płaskiej podeszwie i założyć na siebie hit tamtego sezonu – czarny sweter w golfem zasuwany na zamek, który doskonale sprawdzał się w charakterze jesiennej kurteczki. Kilka dni wcześniej postanowiłam dodać mu trochę uroku, przypinając do niego, na wysokości serca, materiałową różę, połyskującą drobinami brokatu. Jeszcze tylko wyszczotkować włosy i gotowe. „Ready or not, here comes mama” szepnęłam pod nosem, cytując Vidę z Ślicznotek.

Zarzuciłam na ramię torebkę i z kluczem w dłoni ruszyłam do wyjścia, jednak M. zatrzymała mnie słowami:
– To nie ubierasz kapelusika? A mówiłaś, że Ci się podoba… – wypomniała mi moja perełka.

I rzeczywiście – podobał mi się i to bardzo. Właśnie wczoraj upolowałyśmy go z M. w czasie naszego wypadu do supermarketu. W ciemno-oliwkowym kolorze z naszytymi nań kwiatami przypominał nakrycie głów rodem z lat trzydziestych. Fantastyczny na jesienną pluchę i równocześnie jakże kobiecy. Cóż nie rzec, moja kochana M. to umie robić prezenty.
– Myszaczku mój kochany, przecież wiesz, że jest cudowny, tylko że jeszcze nie oswoiłam się z tym, że go mam – próbowałam wytłumaczyć swą gafę.

Już w nakryciu głowy zamknęłam drzwi na dziesięć spustów. W zjeżdżającej powoli na dół windzie schwyciłam dłoń mojej ukochanej. Nasze spojrzenia spotkały się. Wiedziałam co wyrażało moje – całą gamę emocji, które wypełzały z zakamarków pod i nadświadomości by w szaleńczym tańcu pochłonąć mą duszę. Serce zaczęło szaleńczy galop, a ciałem co raz wstrząsał dreszcz. Oto w tej jednej chwili przyjemność mieszała się z lękiem, ekscytacja z niepewnością… Szczęk zamka, obwieścił koniec jazdy windą. Czas znowu zaczął płynąć swym zwyczajnym rytmem.


Śmiałym krokiem opuściłyśmy blok, mijając w drzwiach wyjściowych kilku niczego nie podejrzewających sąsiadów. Na zewnątrz było cudownie. Wszystko tonęło w słońcu, które przyjemnie grzało po plecach, jakby chciało być dobrze zapamiętane na czas zbliżającej się zimy. Nawet lekki wiaterek, który gestem małoletniego podrywacza starał się unieść nasze spódnice, nie mógł zepsuć wspaniałej aury.

Trzymając się pod ramię kontynuowałyśmy nasz spacer. Obrałyśmy zwyczajową drogę, która pozwalał wydostać się z osiedla w jak najmniej ostentacyjny sposób. Tego dnia zgodnie z moimi przypuszczeniami mijanych na ulicach ludzi było całkiem sporo.

– A co to święto, że takie tłumy tu dzisiaj? – długo nie trwało by i M. poczuła się mniej pewnie.
– Kochanie, wiesz bo dzisiaj ta cała wyborcza zawierucha, to i ludzi więcej niż zwykle – starałam się zabrzmieć spokojnie. W pytaniu mojej ukochanej wyczułam jednak to pewne zachwianie spokoju, które i mi wcześniej przypadło w udziale, gdy sączyłam kawusię przed komputerem.
– Spokojnie maleńka. To wolny kraj – stwierdziłam z ironią. – A poza tym, takie laseczki jak my to świat możemy rzucić na kolana – humorem starałam się rozładować to niepotrzebne napięcie.

I chyba się udało, bo dalsza droga była cudowna. Szybko rozluźniłyśmy się i dziarskim krokiem kontynuowałyśmy naszą wędrówkę. Ludzie mijali nas pochłonięci własnymi sprawami, mało robiąc sobie z mijającej ich pary dziewcząt. To dodało nam tylko animuszu i wkrótce zapominając o całym świecie, idąc w najlepsze pogrążyłyśmy się w dyskusji o oglądanym ostatnio filmie.

W pewnej chwili, przechodząc obok jednego ze sklepów, zza rogu wyłonił się młody mężczyzna pchający przed sobą wózek z dzieckiem. Wraz z M. zapatrzyłyśmy się na ślicznego szkraba – przystrojoną w różowe wdzianko dziewczynkę.

Maleństwo podchwyciło swymi ogromnymi oczami nasze spojrzenie i przez chwilę zawiesiło wzrok na mojej buzi. Przez ten ułamek sekundy okowy czasu pękły i świat dookoła znieruchomiał. Było coś w tym niewinnym spojrzeniu, co trafiało w głąb serca, w samo centrum mojej duszy. Oczy tej maleńkiej istotki zdawały się przenikać do głębi. Pod ich czarem, dziwnym urokiem poczułam się naga. Zniknęło gdzieś całe pieczołowicie przygotowane przebranie. Oto zawisłam w dziwnej otchłani, poza czasem i przestrzenią. Unosiłam się w niebycie. Naga. Kim byłam? Lalką, pacynką z której kształtów zadrwił okrutny twórca? Zabawką poruszaną na sznurkach losu, gdzieś na styku światów dwóch odmiennych płci?

W lustrze oczu tego dziecka, zobaczyłam swą wypacykowaną buzię – porcelanową maskę, która była tylko ułudą, skrywającą prawdę, o której pragnęłam zapomnieć…
– Co się dzieje? – głos M. przywrócił mnie do rzeczywistości.
– Nie... nic... zamyśliłam się tylko – chciałam się wytłumaczyć.

Odegnałam od siebie tą niesamowitą wizję, która miała, jak pokazał czas, nawiedzać mnie jeszcze po wielokroć. Jakaż niesamowita była moc spojrzenia tego maleństwa. Zdawało się ono potwierdzać wszystko, co napisano o dzieciach wyczulonych na rzeczy niezwykłe. Bo czyż to nie im dane ponoć było ujrzeć elfy, rozmawiać z aniołami czy płaczem ostrzegać przed grożącym ich bliskim niebezpieczeństwem.

Tymczasem kontynuowałyśmy nasz spacer, którego odcinek wypadał koło jednego z okolicznych parków. Jesień, niczym malarka rozkochana w impresji, pomalował go tysiącem barw. Z uczuciem obcowania z czymś niewysłowienie pięknym szłyśmy po ścieżce usłanej brązowo-złotym dywanem z szeleszczących liści. Nastrój udzielał się także innym ludziom, w tym dwóm staruszkom, które grzecznie powiedziały nam dzień dobry i dalej obserwowały małego szczeniaka z pasją rozkopującego liściane kopce.

Z radością, która wraz z ciepłymi promieniami słońca wlała się do naszych serc, pojawiłyśmy się przed wejściowymi drzwiami do celu naszej wyprawy. Przez wrota centrum handlowego przepływała ciągła fala ludzi. Zwalniając nasze kroki, popatrzyłyśmy się na siebie znacząco. Takich tłumów żadna z nas się nie spodziewała. I tu pojawiły się rozterki.

– Wchodzić, czy nie wchodzić? – walczyłam z kiełkującym w sercu niepokojem. M. stwierdziła, że decyzja należy do mnie. Cóż, coś wewnątrz kazało mi jednak zostać nieopodal i zaczekać. M. obiecała uwinąć się jak najszybciej i odchodząc, uśmiechem dodała mi potrzebnej pewności.

Stanęłam sobie zatem w miejscu, obok którego ludzie przechodzili wyjątkowo rzadko i rozpoczęło się oczekiwanie. Za wszelką cenę starałam się zachowywać jak najbardziej naturalnie, jednak przedłużająca się nieobecność mojej ukochanej, coraz mocniej dawała się we znaki moim nerwom. Nie wiem ileż to razy, gdy obok ktoś przechodził, udawałam, że studiuję z uwagą zawartość swojej torebki, oglądam swe pomalowane na różowo paznokcie, czy poprawiam ułożenie bransoletki na nadgarstku.

Nagle usłyszałam, że ktoś zatrzymuje swój rower kilka metrów za mną. Dźwięk ten nie był jednak niczym niezwykłym, zatem nawet się nie odwróciłam. Ten ktoś na pewno – podobnie jak ja – na kogoś czeka, uspokajałam samą siebie. Minuty jednak mijały a M. nie wracała.

Tymczasem zaczął mnie ogarniać strach. Na plecach i pupie cały czas czułam spojrzenie rowerzysty. Ciężar jego wzroku pulsował czymś złym i co raz przechodził mnie z tego powodu zimny dreszcz, mimo, że z nerwów byłam cała spocona. W końcu usłyszałam za sobą wyczekiwany z nadzieją, znajomy stukot obcasów ukochanej.

Wtedy postanowiłam się obrócić. Moja luba wracała z reklamówką w której musiały być jej odebrane buty, w ręku trzymała jaką ulotkę i raczyła się Pepsi z niesionej puszką . Z nią stał on. Żółty polar, słuchawki walkmana na uszach. Siedział na swym rowerze jak gdyby nigdy nic. Wiedziałam jednak, że była to sztuczna, wyuczona poza. Gdzieś kątem oka przyglądał się nam, niczym drapieżnik mamiący swe ofiary pozornym spokojem.

– No to chodźmy już. Popatrz, co rozdawali koło kina! – z trudem chwytałam sens tych prostych słów i niczym robot zaczęłam iść przed siebie, podczas, gdy niczego nie świadoma M. opowiadała mi o czymś. Kilkanaście następnych sekund prawie upewniło mnie, że cała ta sytuacja to wynik mojego przewrażliwienia i bujnej wyobraźni. Prawie.

Mój maksymalnie skoncentrowany na otoczeniu słuch, uchwycił ciche cykanie mechanizmu przerzutek. Byłyśmy śledzone.
– Kochanie… słuchaj mnie teraz uważnie… ktoś za nami jedzie
– O Boże, nie mów że…
– Tak! – nie dałam jej dokończyć.
– Słuchaj M., może to nic takiego – uspokajałam ukochaną, sama starając się zapanować nad nerwami.
– Jak będziemy koło przejścia… o widzisz, tego… tam przed nami – szeptałam – udamy, że przechodzimy na druga stronę, lecz zrobimy inaczej i użyjemy innej drogi.

Plan ten miał nas upewnić, że wszystko jest w porządku. I rzeczywiście nagła zmiana decyzji, wprowadziła w błąd mężczyznę na rowerze. A nam udało się zdobyć trochę dystansu.

– O Boże, wiedziałam że kiedyś coś takiego…o Boże… o Boże… – rozpaczliwa mantra mojego anioła, wraz z moim łoskoczącym w piersi sercem, stworzyły szaleńczą melodię rozpaczy i strachu. Przyspieszyłyśmy naszych kroków. Odwróciłam się. Obcy zrozumiał swój błąd i znowu jechał za nami. Zatem obie strony porzuciły już reguły tej żałosnej gry pozorów. Wszystko było jasne.

– Kochanie przyspiesz jeszcze… proszę! Musimy dojść do przystanku, tam są ludzie. To już bardzo blisko.

Za nami sunął jednak psychopata, o zamiarach którego żadna z nas nie miała ochoty się przekonać. Wszystkie moje mięśnie były spięte. Przepasałam się torebką i dałam adrenalinie wypełnić mój organizm. Zwolniłam oddech, jak kiedyś w czasie treningów samoobrony.

Od ludzi dzieliło nas już kilkanaście metrów. Za dużo… Nagle wstrząs, lekkie zachwianie równowagi… Rozpędzony szaleniec minął nas brutalnie zdzierając kapelusik z mojej głowy. I dalej mknąc jak oszalały, pojechał przed siebie. Nastała cisza.


Zostałyśmy okradzione. Straciłam podarowane mi dzień wcześniej nakrycie głowy. M. szlochała cichutko, odreagowując nerwy. Ludzie na przystanku oczywiście na nic nie zwrócili uwagi. Nie było czasu na zastanowienia. Prawie bezwładną ukochaną przeprowadziłam na drugą stronę ulicy. Wkroczyłyśmy do parku. Byle dalej od ludzi, byle dalej od zła.

Poczęłam uspokajać moje maleństwo – Maleńka, już dobrze. To tylko rzecz, martwa rzecz, którą zawsze można kupić drugi raz. Najważniejsze, że my żyjemy. Ten ktoś musiał mieć chętkę na torebkę, a nie mogąc jej zdobyć, połakomił się mniej wartościowym kąskiem – w głowie szukałam motywów dla czynu napastnika.

Swoją drogą przeszył mnie dreszcz. Gdyby mu się udało byłybyśmy uwięzione. Bez kluczy do mieszkania, bez schronienia, bez telefonu, by zadzwonić po pomoc. Jednym słowem w sytuacji, o której samo myślenie prowadziło do bólów brzucha. M. na głos wylewała w przekleństwach swą frustrację. Jej nerwy były w strzępach i nawet nie zwracała uwagi na moje słowa.

Park, który wcześniej był oazą szczęścia i piękna, zdawał się był utracić swą moc. Szum liści, był niczym szept przelanej krwi. Słonce zdało się również mieć jej kolor. Na każdy dźwięk reagowałyśmy z czujnością ale i przestrachem wylęknionych łani. Z tych kilku mijanych ludzi, każdy wydawał się być agresorem, skrycie dybiącym na nasze życie.

Przeszłyśmy cały dystans w rekordowym tempie. Starałam się obrócić cała sytuację w jakiś kiepski żart, ale M. w żaden sposób nie dawała się wyrwać z milczenia. Szybko znalazłyśmy się na skrzyżowaniu oddzielającym nas od naszego osiedla. Tu musiałyśmy trochę zwolnić, gdyż z tramwaju wysypali się ludzie, a między nimi, znajoma M. z jej pracy.

Nigdy nie czułam się taka rozbita. Byłam cała spocona i zdenerwowana. Ciężko było mi dalej zachowywać pozory naturalności idąc z M. pod ramię. Mimo, iż wybierałyśmy jak najmniej uczęszczaną drogę, wydawało mi się, że ze wszystkich stron otacza nas tłum, złośliwy motłoch, o sercach wyzutych z dobra. Nasze zdenerwowanie, pośpiech, musiały zniszczyć chroniącą mnie iluzję pozorów. Z naprzeciwka minęła nas kobieta w średnim wieku i – jak przypuszczałam – jej córka, osiedlowa dresiara, wyglądająca na miss w kategorii tanie puszczalskie. Jej mocno umalowane oczy łypnęły podejrzliwie w naszym kierunku.

– Co to kurwa ma być? – syknęła małolata.
– Facet za babę przebrany. Pedał jakiś! – skwitowała jej matka.
Zostałam rozpoznana. Pierwszy raz w historii naszych wyjść i to w tak okrutny sposób. Nie miałam już siły na żadną ripostę. Nie po tym wszystkim. Pociągnęłam tylko za sobą M., która już spięła się by wykrzyczeć z siebie cały swój gniew.

– Ja jej kurwa dam, nie odpuszczę – wycedziła M. trzęsąc się ze zdenerwowania.
– Odpuść kochanie – powstrzymałam ją. – Nie ma co się zniżać do ich poziomu.

Na szczęście udało mi się uspokoić moja małą zabójczynię. Sama byłam jednak zupełnie skołowaciała. To wszystko było niczym para szponów, którymi gorycz ścisnęła moje gardło. W milczeniu minęłyśmy patrol policji, który klasycznie pojawił się dokładnie nie tam gdzie trzeba. Przed nami zamajaczył się już nasz blok.

Tymczasem z pobliskiego kościoła wysypali się ludzie. Obie nie miałyśmy już sił przedzierać się miedzy nikim. Usiadłyśmy na ławce na tyłach pobliskiej szkoły podstawowej i wzrokiem odprowadzałyśmy rozchodzące się grupki ludzi. Z ich perspektywy wszystko musiało wyglądać normalnie. Ot, dwie koleżanki cieszące się z pogodnej, jesiennej niedzieli.

Czekając, aż ulice z wolna opustoszeją, dałam się opanować gorzkiej ironii. Tak… boże owieczki, wracajcie do swych gniazdek, do wódeczki, do znęcania się nad żoną i dziećmi, do poobiednich awantur w kręgu rodziny. Lub wrzućcie do urn swój głos na przyszłą głowę państwa, która już fantazjuje mokrym snem o przyszłej władzy i zaszczytach. No już idźcie… to w końcu… wolny kraj.


Posłowie: dotarłyśmy do mieszkania już bez żadnych ekscesów. Tamten dzień był dla naszej dwójki, tak wielkim przeżyciem, że spowodowana nim trauma na długi czas znowu zamknęła niżej podpisaną w przysłowiowej „szafie”.

Do chwili obecnej wszystko zdążyło już wrócić do normy, a całe wydarzenie wspominamy już tylko ze śmiechem, klnąc przy tym zajadle na negatywnych bohaterów naszej opowieści.

Od tej pory unikamy „złodziejskiego traktu” i jesteśmy bogatsze o wiedzę, że ów złodziej działa(ł) aktywnie w tamtym regionie, nieskutecznie szuka go policja za liczne napady na przedstawicielki płci pięknej, które zostały przez niego pobite kastetem i ograbione. Jak zatem widzicie, poniesiona przez nas strata jest na swój sposób „niewielka”.

Co do wyborów… wszyscy znamy ich wynik. A mnie pozostaje co najwyżej mieć nadzieję, że przynajmniej nielicznym żyje się teraz Prawiej i Sprawiedliwiej.

Z poważaniem Wasze: Marcela i M.

Opublikowane przez:

Marcela




Do artykułu dodano 7 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Opowiadania

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8476
On line: 43
Zalogowani:
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Ważne są tylko te dni których jeszcze nie znamy
Marek Grechuta

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl