close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Sobota, 2020-01-25

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8363065, ilość odsłon: 65567732
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2020 (4263)
2020.01.28 Katowice. Dyżur psychologa ODWOŁANY (844)
2020.01.21 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (45817)
2020.01.14 Katowice. Dyżur psychologa (45146)
Sylwester 2019/2020 w Tęczówce (6892)
„Casa Valentina” w Och-Teatr (15612)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (69765)
Sobota nad morzem. (22259)
Oczami Nowicjuszki (26645)
Do trzech razy sztuka czyli ... (27078)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (730706)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (627081)
Strony prywatne (397501)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (347738)
Zakupy za granicą (315443)
Wiązanie krawata (292384)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (256984)
Jaka fryzura? (256715)
Zakupy w Polsce (248594)
Zestawienie rozmiarów obuwia (242735)
...więcej...

Powrót do: Opowiadania

Mężczyźni
Liczba wyświetleń: 11408


W skrócie:Autor: Weronika Wilk

Do artykułu dodano 42 komentarzy. Pokaż komentarze.
Weronika Wilk


„Mężczyźni”
(szkic)


Krzyś

Jestem Krzyś. Mam 13 lat. Mieszkam na wsi. Wieś jest nieduża. Pięćdziesiąt parę domów po jednej stronie ulicy i tyle samo po stronie drugiej. Przy ulicy rosną drzewa. Przeważnie lipy. Kiedyś było ich bardzo dużo, ale jak zaczęli zakładać telefony a jeszcze wcześniej latarnie uliczne, to musieli trochę tych lip wyciąć, bo przeszkadzały drutom telegraficznym. Teraz jest więc tak, że przy ulicy stoi więcej słupów niż lip.

Moja wieś najładniej wygląda na wiosnę. Dokładnie to zaraz na początku wiosny. Pierwszy raz zauważyłem to rok temu. Był koniec marca a u mnie pod brodą pojawiły się dwa małe wybrzuszenia, które z dnia na dzień robiły się coraz większe. Do tego doszła wysoka gorączka. Rodzice zgodnie zawyrokowali:
–Trzeba iść do pani doktor.
Pani doktor zaś dodała:
–No cóż? Krzyś złapał świnkę.

Siedziałem w domu ponad miesiąc, z czego prawie dwa tygodnie w łóżku. Z początku to mi się nawet podobało. Na dworze śnieg już stopniał. Ulicami płynęły ogromne kałuże i chociaż moi koledzy byli tym zachwyceni, to ja wolałem razem z Karolem May’em przemierzać bezkresne prerie dzikiego zachodu. Choroba, która wymaga leżenia w łóżku, nadaje się w sam raz do takich wędrówek. Przeczytałem więc Karola Maya, potem Curwooda a na sam koniec przeczytałem przygody kapitana Żbika. I gdy postanowiłem już, że w przyszłości na pewno zostanę milicjantem, od tych wszystkich proroczych wizji oderwała mnie następna wizyta u pani doktor. To było gdzieś w połowie kwietnia. Do końca życia nie zapomnę tego widoku. Bo wyobraźcie sobie: gdy zacząłem chorować cały świat, wychodząc z zimy, zamieniał się w błoto; z nieba skapywały monotonne krople deszczu, ludzie dalej ubierali się w zimowe kurtki i gdyby znalazł się ktoś, kto po stu latach snu obudziłby się właśnie w tym czasie, to nie wiedziałby czy obudził się wczesną wiosną, czy też może bardzo późną jesienią. Potem, już w czasie choroby nie wychodziłem na dwór. Świat zaś widziałem tylko przez okno mojego pokoju. A i to nie bardzo, ponieważ bardziej pochłaniał mnie wspomniany już Karol May albo kapitan Żbik, niż taplanie się z kolegami w kałużach. Zawsze uważałem, ze ich zabawy nie są zbyt mądre. Teraz zaś, gdy poznałem tych wspaniałych bohaterów, których czyny spisane zostały na kartkach książek i komiksów, i które nie dawały mi spokoju w dzień a w nocy spać, doszedłem do wniosku, że moje zdanie na temat kumpli i ich zabaw było ze wszech miar słuszne.

Ale wracając do tematu. Wizyta u pani doktor była zaplanowana gdzieś na dziesiątą rano. Przygotowania zaczęły się jednak dużo, dużo wcześniej. Najpierw mama zastanawiała się jaką kurtkę mam założyć, potem czy w zimowej czapce nie będzie mi za gorąco, jeszcze później szukała rękawiczek, które jak zwykle w takich sytuacjach zapadły się pod ziemię. Cały ten ambaras wpłynął na mnie dosyć pozytywnie, ponieważ wszyscy, łącznie ze mną, jakby zapomnieli po co tak naprawdę idzie się do doktora. Na koniec, gdy już mieliśmy wychodzić okazało się, że rodzice zgubili gdzieś klucze od domu. Wszystko jednak skończyło się dobrze i bez żadnych przeszkód, szczęśliwie wyszliśmy z domu.

I wtedy to się stało. W jednej chwili wyleciał z mojej głowy zarówno kapitan Żbik, jak i wszyscy dzielni zdobywcy dzikiego zachodu. Została tylko zieleń. Wszystko nią było: trawa, drzewa, ziemia, domy, płoty a najbardziej zielone były moje myśli. Pierwszy raz poczułem, że chorując tracę coś, że żadna książka świata nie zastąpi życia, które jakie by nie było to zawsze jest piękne.

Myślę, że to nie lekarstwa ani zastrzyki ale to, że wtedy pierwszy raz tak naprawdę poczułem i zobaczyłem czym jest wiosna sprawiło, że po tym fakcie tak szybko wyzdrowiałem.

Ale wracając do tematu. Właśnie ów pierwszy dzień wiosny był chyba przełomowym w moim krótkim życiu. I to nie tylko dlatego, że zobaczyłem jaki świat jest piękny.

Od tamtego czasu minął właśnie cały długi rok. Zapomniałem już o swoich zeszłorocznych przeżyciach, gdy pewnego dnia pani od muzyki powiedziała:
– Słuchajcie! Ksiądz prosił mnie abym spytała, kto z was chciałby należeć do kościelnego chóru?

Nikt się nie zgłaszał.
– Nie ma chętnych? – spytała jeszcze raz.
Znów cisza.
– W takim razie proponuję – pani nie dawała za wygraną – żebyście w domu przemyśleli moją propozycję i za tydzień dacie mi odpowiedź.

Zawsze lubiłem śpiewać i zawsze chciałem nauczyć się grać na jakimś instrumencie. Co prawda nic w tym kierunku nie robiłem poza tym, że zbierałem plakaty najbardziej znanych zespołów rockowych.

Ale w tym przypadku chodziło o chór. I to nie jakiś tam zwykły, ale chór kościelny. Pomimo swojej fascynacji rockendrollem postanowiłem jednak zapisać się do niego. Nie tak od razu oczywiście. Nie mogłem przecież narazić się na śmiech i drwiny całej klasy.

Muzykę mieliśmy tylko raz w tygodniu. Byłem niemal pewien, że w ciągu tych siedmiu dni wszyscy zapomną o propozycji i gdy pani zapyta czy ktoś się zastanowił nad jej propozycją, cała klasa zrobi wielkie oczy.

Nie pomyliłem się. Wszystko szło zgodnie z planem: pani zadała pytanie, klasa się zdziwiła po czym każdy zaczął oglądać sznurówki przy swoich butach. Zrobiłem to samo co reszta. Dziwicie się? Niepotrzebnie. Żeby was uspokoić zdradzę wam pewien sekret. Otóż ładnie śpiewam. Nie żebym się chwalił, ale jako jedyna osoba w klasie mam z muzyki szóstkę. Teraz słuchajcie co działo się dalej. Otóż pani odczekała chwilkę po czym nieśmiało zwróciła się do nas:
– Może jednak ktoś się zdecyduje?
W klasie zrobiło się jeszcze ciszej.
– Śpiewanie w chórze będzie jednym ze sposobów na szóstkę – starała się nas zachęcić.

Tak jak przypuszczałem! Zgłosiły się dwie największe kujonki, które dla jednego głupiego plusa przy piątce gotowe byłyby wydrapać oczy. Nie mogły przepuścić takiej okazji. Chociaż nie miały ani słuchu ani głosu, zgłosiły się. Potem długo, długo nic, aż wreszcie:
– Może jeszcze ktoś – pani nie dawała za wygraną.
Znów cisza.
– Może ty Krzysiu?

Zapiszczałem z radości. A więc stało się. Tak bardzo chciałem śpiewać w chórze i tak bardzo nie chciałem dać tego po sobie poznać.

Wstawałem z ławki powoli. Żeby tylko się nie zdradzić. Z lekkim przyzwoleniem wydukałem:
–No dobrze...

Zajęcia z chóru odbywały się co tydzień, w sobotę. Prowadziła je pani Ania. Już na pierwszej próbie zauważyłem, że zna się ona na śpiewaniu i poczułem dla niej z tego powodu ogromny szacunek. Po skończonej próbie postanowiłem, że będę przykładał się do zajęć z całych sił, żeby tylko nie zawieść zaufania jakim mnie nasza opiekunka obdarzyła. Bo tu chciałbym wspomnieć, że zostałem przez panią Anię ogromnie wyróżniony. Ale zanim o tym opowiem muszę wam się do czegoś przyznać. Otóż jestem chłopcem bardzo nieśmiałym. Zwłaszcza w stosunku do dziewczyn. Nie to, żebym się zaraz pocił, czy żebym nie umiał wydukać słowa w rozmowie z koleżankami z klasy. Z nimi to nawet mi dobrze idzie. Chodzi o obce dziewczyny. Zwłaszcza takie, które mi się podobają. A pani Ania, choć dużo starsza ode mnie, bardzo mi się podobała.

Wszyscy bez wyjątku, zwracając się do męskiej części naszej klasy, mówili: chłopaki. I tylko nasza wychowawczyni mówiła: chłopcy to... albo chłopcy tamto..., a ja byłem wtedy bardzo szczęśliwy bo ja nie chciałem być chłopakiem. Ja byłem chłopcem. I pamiętam, że gdy pewnego dnia reszta moich kolegów bawiła się w indian ja nie mogłem się doczekać powrotu mamy, bo obiecała, że kupi mi taką śliczną bluzkę z bufiastymi rękawami. I gdy rzeczywiście mi ją kupiła, i gdy na drugi dzień poszedłem w niej do szkoły i gdy pani od matematyki powiedziała, że bluzeczka jej się bardzo podoba, a ja wyglądam w niej jak dziewczynka – byłem bardzo szczęśliwy. A potem, na przerwie, koledzy zaczęli mnie szturchać i popychać krzycząc przy tym:
–Baba! Laluś! Dziewczynka!

I gdy mnie tak popychali, poczułem w pewnym, momencie, że szew w mojej bluzeczce pęka i robi się w niej wielka dziura. I wtedy stało się coś dziwnego. Zamiast się z nimi bić albo chociaż krzyczeć, usiadłem na podłodze, na środku klasy i zacząłem płakać. A oni przestali mnie bić ale dalej krzyczeli:
– Beksa! Beksa! Laluś! Ciamajda!

Łzy spływały mi po policzkach. Powinienem być na nich wściekły, a ja byłem bezradny. Po chwili podniosłem lekko głowę i szepnąłem:
– Przestańcie. Proszę.

Z czasem zacząłem coraz częściej przebywać z dziewczynami. Powoli poznawałem ich sekrety, wtajemniczały mnie w swoje tajemnice i z dnia na dzień przestawały chyba traktować jak chłopaka, a zaczynały we mnie widzieć swoją koleżankę. Było mi z tym dość dobrze aż do czasu gdy nasza klasa nie podzieliła się na dwa wrogie sobie obozy: dziewczyn i chłopaków. Wtedy przyszło otrzeźwienie. Wszystko zaczęło się tak jak rok wcześniej – od kapitana Żbika. Z tym, że teraz nie chciałem już zostać milicjantem, bo milicjanci nie noszą spódnic ani nie malują paznokci bezbarwnym lakierem jak pani Ania. Komiksy sprzedałem kumplowi. A raczej podarowałem mu je za pewną drobną przysługę. To miała być nasza tajemnica. Kumpel nie wytrzymał i zaraz na drugi dzień opowiedział wszystko przy całej klasie. Na długiej przerwie stanął na biurku nauczyciela i krzyknął:
– Ciiiiisza!!!

I wszyscy zamilkli. Czułem, że nogi uginają się pode mną. Coś mi mówiło, że to są ostatnie chwile, w których miałem u kolegów jakiś szacunek i poważanie, a od tej chwili nawet nie pomoże mi to, że dobrze gram w piłkę. Mechanicznie cofnąłem się w róg klasy. Wiedziałem, że zaraz wszystkie pary oczu wbiją się we mnie. Przez chwilę będą milczeć. Zaskoczenie nie pozwoli im na żaden ruch. I ta cisza będzie najgorsza. Stałem więc wciśnięty w kąt sali lekcyjnej i o dziwo poczułem ulgę. Więcej nawet: gdy już odwrócili się do mnie, nie spuściłem w dół oczu jak zaszczuty psiak tylko podniosłem wysoko głowę i spojrzałem na nich wzrokiem, który nie pozostawiał złudzeń: jest mi obojętne co o mnie myślicie. To ich zbiło z tropu. Zwłaszcza chłopaków. Idąc za ciosem podszedłem w stronę dziewczyn i lekko drżącym głosem powiedziałem:
– Chciałbym być waszą koleżanką.

Dziewczyny odskoczyły ode mnie jakbym był trędowaty. Powoli traciłem pewność siebie. Wiedziałem, że powinienem zrobić następny krok, że do mnie w tej chwili należy inicjatywa, bo to ja byłem główną postacią tego przedstawienia. Punktem, w którym rozgrywała się wojna między chłopakami a dziewczynami. Byłem tym bezpłciowym miejscem we wszechświecie, w którym nic nie jest ani dziewczyńskie ani chłopięce. Pomyślałem, że może w tym właśnie miejscu pani Ania, dotykając swoimi delikatnymi dłońmi klawiszy organów, wydobywa z nich tą piękną muzykę, która hipnotyzowała mnie na każdej niedzielnej mszy. Ale tego też nie byłem pewien. Ruszyłem w stronę drzwi. Nogi mi drżały a oczy kolegów i koleżanek wpatrywały się we mnie jak zaczarowane. Po prawej stronie stał szpaler dziewczyn a po lewej szpaler chłopaków. A ja w środku: nie chłopak ale chłopiec, nie dziewczyna – tylko dziewczę.

Zostałem sam. Nikt nie chciał ze mną siedzieć. Na przerwach z nikim nie rozmawiałem; gdy reszta klasy wychodziła na korytarz albo na dwór ja siedziałem w ławce, a uczniowie z młodszych klas co chwila zaglądali, przez drzwi, żeby mi się przyjrzeć. Tak było do momentu, kiedy w klasie pojawiła się Ona. Nowa uczennica. Pani wprowadziła ją do sali i powiedziała:
– To jest Weronika, wasza nowa koleżanka. Od tej pory będzie chodzić do naszej klasy. Myślę, że się polubicie. Weroniko, usiądź proszę obok Krzysia – pani wskazała na wolne miejsce obok mnie.
– Nie siadaj obok niego – krzyknęli chłopcy.
Nowa koleżanka stanęła. Niepewnie zapytała:
– Dlaczego?
– Bo obok niego nikt nie chce siedzieć – krzyczeli dalej.
– Bo jest głupi – ktoś dodał.
– Pedał!
– Zboczeniec!
– Proszę o spokój! – pani przerwała coraz głośniejsze krzyki. – Weroniko, nie obawiaj się, na razie będziesz siedzieć obok Krzysia, bo to jedyne wolne miejsce. A wy – zwróciła się do klasy – jak będziecie się tak dalej zachowywać, to obniżę wam sprawowanie.

Dziewczyna jakby odzyskała pewność siebie:
– Proszę pani – zwróciła się do nauczycielki – mnie się wydaje, że to miejsce jest bardzo dobre.

Po czym podeszła do mnie i głośno, tak żeby wszyscy słyszeli, powiedziała:
– Cześć, bardzo miło mi cię poznać.

Jej głos był pewny, wyniosły i nie znoszący sprzeciwu. Czułem jak policzki zaczynały mi płonąć. Nie chciałem, żeby ktokolwiek się nade mną litował. Wystarczyło mi upokorzeń jakich doznawałem od całej klasy, bo do tego się już zdążyłem przyzwyczaić, a litość jest największym upokorzeniem jakie może człowieka spotkać, bo przyjęcie jej pozbawia go honoru, a honor dla nastoletniego chłopca jest wszystkim co ma.
– Nie musisz ze mną siedzieć – wycedziłem na cały głos.

Weronika jakby nie słyszała. Stała dalej z wyciągniętą ku mnie ręką. Spojrzałem na jej dłoń i w jednej chwili przeszedł mnie dreszcz. Paznokcie u jej palców błyszczały.

Weronikę w naszej klasie szanowano. Choć z nikim się nie przyjaźniła ani nie spoufalała to jednak klasa się z jej zdaniem liczyła. Najbliższą jej osobą byłem chyba ja, a pomimo to czułem, że coś nas dzieli. Zazdrościłem jej siły, która z niej emanowała i której nie potrafiłem się przeciwstawić. Gdyby kazała mi skoczyć w ogień to bym skoczył. Tylko dzięki niej mogłem jakoś przetrwać w klasie. Jak tyko ktoś zaczynał mi dokuczać albo wyzywać od pedałów wystarczyło jedno jej słowo i miałem spokój. Była moją tarczą ochronną, plecami za którymi mogłem się schować. I choć powinienem się wstydzić, że jestem uzależniony od dziewczyny, że dziewczyna broni mojego honoru, to jednak było mi z tym dobrze. Dziwnie czułem, że tak właśnie powinno być. Ja – chłopak, chłopiec, jestem zdany na łaskę bądź niełaskę dziewczyny. Często sobie wyobrażałem, że jej ciało jest moim ciałem.

Wiele się zresztą zmieniło od wiosny zeszłego roku, kiedy to leżąc chory czytałem z wypiekami na twarzy opowieści Curwooda. Teraz już nie chciałem biegać po prerii z Barim, synem Szarej Wilczycy, nie chciałem wtulać się zimną, północno kanadyjską nocą w ciepłą sierść Błyskawicy. W ogóle nic z tamtych rzeczy i pragnień we mnie nie zostało. Teraz była tylko Weronika. Pragnąłem wkraść się w jej myśli, czasem nawet wydawało mi się, że jestem w środku jej głowy. Kiedy pochylała ją w ten charakterystyczny dla siebie sposób, wyobrażałem sobie, że wszystkie dziewczyny na świecie tak robią i że nie ma nic bardziej dziewczyńskiego od pochylenia głowy w prawo, wysunięcia brody do przodu i położenia jej na zewnętrznej stronie dłoni. I zazdrościłem jej tej dziewczyńskości. I też tak pochylałem głowę. I coś we mnie wtedy krzyczało: Patrzcie! Ja też tak umiem! też jestem dziewczyną! W takich chwilach zapominałem nawet o Ani. Zresztą Ania była jak inspiracja, która przeradzała się w Weronikę. Jedna bez drugiej nie mogła istnieć. Istnienie Weroniki było zależne od istnienia Ani, a istnienie Ani byłoby bezsensowne gdyby nie Weronika. Razem stanowiły okrąg pośrodku którego stałem ja. I nie było takiej siły, która mogłaby mnie z tego okręgu wyrwać.

Weronika mówiła, że źródełka są zwierciadłem duszy. I jeśli ktoś nie wie czego w życiu pragnie najbardziej musi się w takim źródełku przejrzeć. Ono powie mu prawdę. Pewnego dnia spacerując po lesie postanowiliśmy więc zajść do tego miejsca, w którym woda wypływa z ziemi. Weronika miała na sobie śliczną sukienkę na ramiączkach, zielone rajtuzy i białe pantofelki. Zawiązana w jej włosach różowa wstążeczka szeleściła jak liść z każdym podmuchem wiatru. Z jednej strony ścieżki, po której szliśmy, płynął strumyk. Z drugiej, na stromym zboczu rosły drzewa. Przeważnie sosny. A my, pomiędzy szumem drzew i szmerem strumyka, stawialiśmy nasze dziewczęco chłopięce kroki. Pierwsze kroki. I wcale nie byłem zdziwiony, gdy zatrzymaliśmy się, a Weronika zdjęła z włosów swoją wstążeczkę. Stałem onieśmielony tym widokiem: jej smukłe palce wplatały się we włosy jak wiatr, który strąca z gałęzi drzew jesienne liście. Bo choć wokoło była wiosna to dłonie Weroniki, zawiązując różową wstążeczkę na moich włosach były w całej swojej pełni jesienne. A ja – Krzyś – byłem drzewem, które usychało. Wszystko czym żyłem do tej pory opadało ze mnie jak pożółkłe, zwiędłe liście. Cały ten męski świat, granie w piłkę z kumplami, poranne chodzenie z wędką na ryby, zabawy w Indian, wszystko to znikło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W chwili gdy poczułem na swoich włosach, zawiązaną na kokardkę wstążeczkę, wiedziałem, że nigdy już nie będę chłopakiem. Nawet chłopcem będę z przymusu. Moja męskość będzie jak balast, jak ciężki worek z kamieniami bezsensownie założony na plecy. I trzeba będzie z nim iść. Setki, tysiące kilometrów. W skwarze i spiekocie. Bez żadnej taryfy ulgowej, a jedynie z nadzieją, że gdzieś, na końcu tej drogi, na granicy, która oddziela męskość od kobiecości będzie stał przepiękny zamek, a w nim mieszkać będzie dobra wróżka, która otworzy mi szerokie wrota i powie:
– Wejdź. I od tej chwili bądź dziewczyną.
I wejdę. Spojrzę na swoje ciało i powiem: oto ciało kobiety, oto moje ciało.

Przy źródełku Weronika zdjęła swoją sukienkę. Położyła ją na trawie. Patrzyłem na jej dziewczęce kształty i jedyne czego pragnąłem to wtopić się w nie. Wziąć ją za rękę, tak żeby jej palce stały się moimi. Kiedy zdjęła biustonosz, i gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłem kobiece piersi, poczułem jak gorycz podchodzi mi do gardła. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie dostąpię zaszczytu posiadania czegoś tak doskonałego. Coś we mnie zaskowyczało. Rozpłakałem się. I gdy łzy rozlewały się po moich policzkach jak wodospady Weronika zdjęła ze stóp pantofelki i położyła je obok sukienki. Potem zsunęła z nóg rajstopy i powiedziała:
– Nie płacz. To wszystko jest twoje.

Weronika mieszkała na naszej wsi. Przeprowadzili się tu całą rodziną z sąsiedniego województwa, bo tam podobno „nie dało się już wytrzymać”. Tak w każdym razie mówiła Weronika. Ich dom z wyglądu był inny niż pozostałe wiejskie domy. Tak jakby bardziej uporządkowany. Na podwórku nie było ani jednego śmiecia ani wiosennego błota, którego na każdym innym wiejskim podwórku było aż nadto. W ogóle wszystko sprawiało wrażenie schludności ponad miarę. Ale mnie czegoś w nim brakowało.

Weronika otworzyła furtkę na podwórko, a ja stałem się podejrzliwy.
– Wejdź, proszę – pchnęła mnie lekko – ale zanim cię zaproszę do środka, muszę ci coś wyznać.

Spojrzałem na nią myśląc, że oczekuje ode mnie potwierdzenia. Ona chyba jednak nie oczekiwała ode mnie niczego; było jej obojętne czy jestem ciekawy tego co mi ma niby wyznać, czy też nie – w ogóle mnie to nie interesuje.
– A zresztą – kontynuowała – sami ci powiedzą.
– Kto? – zdziwiłem się – kto ma mi coś powiedzieć?
– Moi rodzice. Zaraz ich poznasz. To oni kazali mi cię tu przyprowadzić. Gdyby nie oni to...

Nie dokończyła. A ja poczułem się jak detektyw – kapitan Żbik przed spotkaniem z groźnym porywaczem. Stanęliśmy przed drzwiami domu. Weronika zamyśliła się.
– Nie wchodzimy? –spytałem zniecierpliwiony.

Nic nie mówiąc otworzyła drzwi. Weszliśmy do środka. Z pokoju wyszli rodzice Weroniki. Stanąłem jak wryty. To, co zobaczyłem przeczyło jakimkolwiek moim wyobrażeniom o rodzinie. Jej mama była zwykłą kobietą. Za to jej ojciec! Na twarzy miał lekki makijaż i był ubrany w sukienkę.
– Zdziwiony jesteś? – zaśmiała się Weronika widząc jak stoję z rozdziawioną gębą.
Spojrzała w stronę rodziców.
– To jest właśnie Krzyś – powiedziała.
– Bardzo mi miło – ojciec Weroniki wyciągnął do mnie rękę.

Miał umalowane paznokcie. Nie wiedziałem co robić. W pierwszej chwili chciałem wybiec stamtąd, uciec i nigdy więcej już nie mieć nic wspólnego ani z Weroniką, ani z jej rodziną, ani też czymkolwiek co wskazywałoby na to, że chciałbym być dziewczyną. Byłem przerażony. Mimo to jednak coś mnie zafascynowało w tym człowieku. Był w jakiś sposób piękny. Nie mogłem oderwać od niego oczu. Strach, wstręt i niepokój mieszały się z ulgą i radością.

W szkole sprawa sukienki jakby trochę ucichła. Może zapomnieli, kolegom może znudziło się już drwić ze mnie, a może po prostu zbliżał się koniec roku szkolnego i wszyscy zajęci byli czym innym: nauczyciele wystawianiem stopni, a uczniowie ich poprawianiem. W każdym razie nikt mnie już nie zaczepiał. Ja zresztą też nie pragnąłem kontaktu z nikim. Wystarczała mi Weronika. Siedzieliśmy razem na lekcjach, przerwy spędzaliśmy ze sobą i wspólnie wracaliśmy do domów. Wszystko zaczęło powracać do normy. Ojciec dwa, trzy razy na dzień wymykał się pod sklep na piwo, matka szykując obiad, nuciła „Podnieś rękę Boże Święty...”, a ja każdego popołudnia zjawiałem się w domu Weroniki, zakładałem jej sukienkę i stawałem się dziewczyną. Byłem szczęśliwy.

Pewnego dnia Weronika zapytała czy chciałbym zmienić płeć. Tak naprawdę. Nie tylko przebrać się. I gdy odpowiedziałem jej, że nie wiem ale chyba nie, odpowiedziała:
– Tak przypuszczałam. Mój tata też kiedyś postanowił zostać mężczyzną. Przynajmniej na zewnątrz. Bo tak naprawdę to on jest kobietą. Nie poszedł na operację zmiany płci tylko dlatego, że bardzo chciał mieć dziecko. A potem, jak się już urodziłam, to nie chciał się rozwodzić z mamą.
– Rozwodzić? – spytałem coraz bardziej oniemiały.
– No tak. Przecież kobieta nie może być żoną kobiety – zaśmiał się Weronika.
– Kobiety...? – wydukałem.
– Nic nie rozumiesz.
– Nie bardzo.
– To zacznę od początku. Siedzisz wygodnie? Bo to długa opowieść. Albo wiesz co? Zaproszę tu tatę. On ci wszystko dokładnie wytłumaczy.

Tata Weroniki nie chodził codziennie w sukience. Częściej widywałem go w spodniach i marynarce. Tyle że bardzo często miał paznokcie umalowane bezbarwnym lakierem. Jak sam mówił: to powalało mu nie zapominać że w połowie jest kobietą. Albo że tylko w połowie jest kobietą. I aż w połowie mężczyzną. A czasem mówił też, że cały jest kobietą i wtedy mama Weroniki się śmiała, że trochę przesadza. Kiedy jednak przychodził łikend zakładał śliczną mini spódniczkę. I nigdy nie chodził pod sklep na piwo. To mnie dziwiło bo wszyscy ojcowie tam chodzili. Pił tylko herbatę. Czasem kawę. Chyba w ogóle więc do naszego wiejskiego sklepu nie chodził bo w naszym sklepie kawy nie było. Tylko herbata Madras. I piwo. I chleb. Kobiety chodziły po chleb, a mężczyźni na piwo. A rodzice Weroniki po nic nie chodzili. Mama Weroniki w ogóle rzadko kiedy wychodziła z domu, a tata był artystą. Pracownię miał w piwnicy. Lepił tam z gliny garnki, kubki, wazony, talerze, potem je malował i podobno woził to wszystko na jakieś wystawy. Weronika mówiła, że nawet za granicą ma stałą wystawę. W Erefenie. Nie wiedziałem co to stała wystawa ale Weronika opowiadała o tym z taką dumą, że nie chciałem się przyznać do swojej niewiedzy i być może sprawić jej przykrość. Tata Weroniki schodził do piwnicy trzy razy na tydzień. Mówił, że to i tak za dużo. Długo się przedtem przygotowywał. Nie malował wtedy paznokci bezbarwnym lakierem, ale takim krwistym, czerwonym. Twierdził, że wtedy ma delikatniejsze ręce. I że pozwala mu to lepiej czuć glinę.

Kiedy wszedł do pokoju z Weroniką, był bardzo poważny. Jak nigdy przedtem. Bez słowa usiadł, przetarł dłońmi twarz i zaczął opowiadać.



Tata Weroniki

Na imię mam Zbigniew. Jestem mężczyzną. W każdym razie tak myśli większość ludzi. O mojej męskości według nich świadczy brak bioder, penis i zarost na twarzy. A z tego wszystkiego najważniejszy jest penis. Tkwi we mnie jak zadra. Wyznacza drogi mojej ekspansji, zawłaszcza coraz to nowe terytoria, które są potrzebne po to tylko abym mógł poczuć słodko – gorzki smak władzy. A ci, których podbiję będą mi składali pokłony, będą bili czołem w wierno poddańczym hołdzie. Będę o swoim penisie mówił z dumą, a im będzie większy tym bardziej doskonalszy, wzbudzający respekt i szacunek. Choćbym nie chciał to i tak właśnie on będzie moim orężem. Będzie tarczą, mieczem i jedynym Bogiem. W dodatku pierwszym, bo wiara w niego powstała w chwili, kiedy lekarz, który wyciągnął mnie z ciała mojej matki, powiedział: „chłopiec”. I już wtedy było wiadomo, że nigdy nie będę mógł założyć butów na wysokim obcasie ani cieniutkich pończoch. Bo ci, którzy mają penisa tego robić nie mogą. Mali chłopcy jeszcze o tym nie wiedzą. Oni dopiero odkrywają te wszystkie ograniczenia, wynikające z tego jak ich widzi reszta ludzi. I właśnie dlatego nie miałem nic przeciwko, żeby rodzice kupowali mi samochodziki, pasy kowbojskie, czy pistolety na kapiszony, a kiedy byłem starszy – na korki. Nie wiedziałem jednak, że każda z tych zabawek świadczyła o tym, że moim przeznaczeniem ma być walka. Nie dla mnie były lalki. Ja miałem samochodziki i pistolety.

Dopiero gdzieś w trzeciej czy czwartej klasie odważyłem się przyznać przed samym sobą, że tak naprawdę to wolałbym być dziewczyną. Różnica między nimi, a nami – chłopakami stawała się coraz większa. One były południem, a my północą. My byliśmy piekłem, a one niebem. My – noc, a one dzień. A ja byłem w czyśćcu, w tym miejscu, w którym Bóg umieszcza tych, co do których nie podjął jeszcze decyzji. Najbliższym był mi świt jutrzenki, półmrok przedświtu, ta pora, kiedy ostanie krople nocy rozpływają się w przestrzeni, ale dzień jeszcze nie nadchodzi. Ptaki zaczynają się budzić i powoli, jeden po drugim, nieśmiało rozpoczynają swój koncert, ale prawdziwego życia, dziennego gwaru, tego życiodajnego pędu i rozpasania jakie przynosi słońce będąc w najwyższym punkcie nieba jeszcze nie ma. A ja, z dnia na dzień, coraz bardziej wulgarnie, brutalnie i wbrew sobie dorastałem w kierunku przeciwnym niż to sobie wcześniej wyobrażałem.

Moje dzieciństwo było dorastaniem do samotności. Byłem bardziej bezwzględny, bardziej brutalny i tym samym bardziej męski od swoich rówieśników. Kiedy byliśmy w ósmej klasie mojej pięści bała się chyba cała szkoła. Tylko, że mnie to nie cieszyło. Tą pięścią szyłem sobie buty. Wielkie trapery, które pozwolą mnie - mężczyźnie przejść przez zawieje wszystkie, zamiecie i zaspy mojej płci, a uśpionym potworom kobiecości pozwolą usnąć na zawsze. Zamarznąć. Zbrylić się w lód. I kobieta od tej pory będzie jak mróz na szybie, który utworzył fantazyjne wzory, połączone ze sobą bez żadnej logiki i sensu ale za to piękne. Bardzo piękne. Cudowne. I będzie można patrzeć na te wzory, i chcąc nie chcąc trzeba będzie szukać struktury, która pozwoli je jakoś usystematyzować, zrozumieć dlaczego na jednej szybce jest tak, a na drugiej inaczej, ale na obydwu równie pięknie, a więc w gruncie rzeczy tak samo choć na pierwszy rzut oka całkiem inaczej. Aż wreszcie zobaczymy, że okienko ma trzy szybki. I te trzy szybki w okienku coraz głośniej dygoczą. A czwartej szybki nie ma. Czwarta jest otchłanią, wnętrzem, czwarta zaprasza żeby włożyć w nią głowę i wyjrzeć na zewnątrz. I już nie będzie odwrotu – trzeba będzie wejść w tą otchłań jak w naczynie i samemu stać się otchłanią. I jako otchłań zejść na ziemię w postaci anioła. Wybrać wolność.

Krzyś

Zaczęły się wakacje. Koledzy umawiali się na piłkę, albo nad rzekę, a jak było zimno to siedzieli na moście i rzucali do wody kamienie. Zaraz na początku lipca wyjechała też Weronika. Przez dwa tygodnie, razem z rodzicami mieli być nad morzem. Zostałem sam i nie bardzo wiedziałem co robić. Do kolegów wstyd mi było iść. Chociaż mnie już nie przezywali. Tylko traktowali jak powietrze. Chodziłem do lasu, chodziłem nad źródełko i chodziłem pod dom Weroniki. Coś mnie tam ciągnęło.

Trzeciego dnia samotności, wieczorem, ojciec powiedział, że zaraz z rana, na drugi dzień, jedziemy po drzewo do lasu. Naszykowaliśmy dwukołowy wózek, siekierę, i drelichowe kurtki z długim rękawem.

Ranek był rześki. Słońce już wyszło zza horyzontu, ale nad ziemią unosił się jeszcze przyjemny, nocny chłód. Las o tej porze jest cichy. Kiedy znaleźliśmy odpowiednią sosnę, klęknęliśmy przed nią, przyłożyliśmy piłę do pnia i leśną ciszę przeszyło dźwięczne rrrraaaz! rrrraaaz! rrrraaaz! Spojrzałem na ojca. Pierwszy raz tak na niego spojrzałem. Kropla potu spływała mu z czoła. Zawsze lubiłem z nim jeździć po drzewo, a jeździliśmy po nie co roku. Zresztą, każdy na wsi jeździł. A jak kogoś złapał leśniczy to trzeba było mu dać w łapę. I wtedy nie wlepiał kary. Pozwalał dalej rżnąć. Bo nawet małe dzieci wiedzą, że na zimę potrzebne jest drzewo. Dlaczego więc miałby o tym nie wiedzieć leśniczy.

Lubiłem z ojcem jeździć po drzewo. Lubiłem to leśne zmęczenie. Kiedy sznyt nie dochodził jeszcze do połowy pnia, a my z ojcem już dobrze zgrzani zdejmowaliśmy kurtki z długim rękawem. I tym razem też tak było. Ojciec pierwszy zaproponował:
– Może odpoczniemy.
Odłożyliśmy piłę na bok. Ojciec zapalił papierosa.
– Kawał klocka – powiedział zaciągając się pierwszym machem.
– Mhm.
– Ale damy mu radę. Chyba dobrze nam idzie, synu. Coraz lepiej. W tamtym roku było gorzej.

Zrozumiałam, że to jest pochwała z jego strony. Spojrzałem w górę. W niebo, które prześwitywało przez koronę drzewa.
– Ciekawe ile ma lat? – spytałem.
– A bo ja wiem? Pewnie z pięćdziesiąt.
– Sporo.
– Jak na człowieka to sporo, ale dla drzewa to nie tak bardzo. Drzewa żyją długo.
– A my tato, ile my możemy najwięcej żyć?
– Trochę ponad sto lat. To chyba najwięcej. Ale dla człowieka nie ważne jest ile żyje, tylko jak żyje.
– A jak ktoś nie wie jak żyć, tato? To co wtedy?
– Nie wiem synu. Ja raczej zawsze wiedziałem. Ja chciałem żyć tak, żeby moja rodzina była szczęśliwa. Żebyś ty był szczęśliwy i mama żeby była szczęśliwa. Ale to się nie zawsze udaje.
– A co z twoim szczęściem?
– Ja byłbym najszczęśliwszy gdybyś nam powiedział, co zamierzasz. Jak dalej myślisz żyć?
– Nie wiem tato.

Ojciec wypalił papierosa, rzucił go na ziemię i przydeptał butem.
– No, kończymy to co zaczęliśmy – powiedział.

I znów po lesie rozeszło się dźwięczne rrrraaaz! rrrraaaz! rrrraaaz! Działaliśmy jak dobrze naoliwiony mechanizm. Złączeni piłą i wysiłkiem. Wspólnie zmęczeni. I właśnie wtedy ojciec narodził się dla mnie ponownie. Zmartwychwstał. Nie wiedziałem jeszcze czy mnie zbawi, ale wiedziałem że już nigdy nie zniknie.

Gdzieś około ósmej nad ranem byliśmy razem z drzewem na podwórku. Rozładowaliśmy cztery wielkie kloce i kilkanaście mniejszych, ale też dość sporych gałęzi i znieśliśmy je do szopy.

Tego samego dnia, po południu poszedłem na pierwszą i ostatnią w te wakacje próbę chóru. To było jedyne miejsce gdzie miałem teraz kontakt z rówieśnikami. Co prawda były tam same koleżanki, ale mnie to przecież nie przeszkadzało. Żałowałem trochę, że to już ostatni raz i że w czasie wakacji tylko na mszy będę mógł przyglądać się dłoniom pani Ani. Nic jednak nie zapowiadało, że będzie to wyjątkowa próba. Jednak już widok naszej opiekunki był dziwny. Była bez makijażu. A to nie zdarzało się nigdy. Dziewczyny też to chyba zauważyły bo przez salę przeszedł szmer, a potem ciche hi hi hi i ha ha ha. Mnie jednak ten widok nie śmieszył. Pani Ania też jakby nie zwracała uwagi na to co się wokół dzieje.

Zawsze kiedy się czemuś dziwię to stoję jak słup. I rozdziawiam gębę. Teraz też tak się ze mną zrobiło. Stałem i gapiłem się na dłonie pani Ani. Jak zwykle były pomalowane bezbarwnym lakierem. Ale jak były pomalowane! Strasznie były pomalowane. Gdzieś tydzień temu. I lakier już odpadał. Całe placki lakieru. Płaty. To już lepiej gdyby w ogóle ich nie malować. Zmyć lakier i nie malować. Coś się musiało stać. Coś strasznego o czym nie wiedziałem.

Pani Ania zaczęła jednak próbę jakby nigdy nic. Jak zwykle zapytała:
– Czy już wszyscy są?
I kiedy odparliśmy, że tak, znów się do nas zwróciła:
– Kochane dziewczyny...

Bo pani Ania zawsze mówiła do nas: „kochane dziewczyny”. Tak jakbym ja też był dziewczyną. Co prawda ja rzeczywiście byłem dziewczyną, ale pani Ania przecież tego nie mogła wiedzieć. Bo skąd? Dopiero po dwóch, trzech zdaniach wypowiadanych do nas w rodzaju żeńskim przypominała sobie o mnie i mówiła:
– Ojej, bardzo cię przepraszam Krzysztofie, mam nadzieję, że się na mnie nie gniewasz za tą dziewczynę – a jak to mówiła to uśmiechała się do mnie.
– Nie, nie gniewam się. Nic się nie stało – odpowiadałem.

Tak naprawdę to byłem wniebowzięty. I to z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że zostałem przez nią zaliczony w poczet dziewczyn, a drugim powodem było to, że uwielbiałem gdy się do mnie uśmiechała w taki właśnie sposób. Promienny. Co prawda przez ten uśmiech przestawałem być dziewczynką, ale moja dziewczyńskość i tak przecież była tylko pomyłką, przejęzyczeniem się pani Ani.

Ciekawy byłem co by się stało, gdyby pani Ania jakimś cudem dowiedziała się kim dla mnie jest. Ale nie mogła się dowiedzieć. Bo po pierwsze nikomu o tym nie mówiłem, a po drugie sam tego dobrze nie wiedziałem. Kiedyś myślałem, że jest Boginią. Jednak szybko okazało się, że nią nie jest. Co prawda pani Ania dała mi nowe życie, tzn. ożywiła we mnie dziewczynę, ale to za mało żeby mogła być Boginią. Pani Ania nie była także wróżką. Chociaż tej myśli uczepiłem się najdłużej. Aż do momentu kiedy okazało się, że dobrą wróżką jest tata Weroniki. Kim więc była? Wiedziałem tylko, że to dzięki niej nigdy już nie będę prawdziwym chłopakiem.

I kiedy tak się zastanawiałem patrząc na nią, ona jak zwykle rozłożyła swoje palce na klawiszach organów. I choć paznokcie u jej rąk były źle umalowane, to gdy zaczęła grać te paznokcie znów stały się piękne. Znów bił od nich urzekający blask, który rozpływał się na cały kościół. Widziałem jak smugi światła rozchodzą się na wszystkie strony. Każde dotknięcie klawiszy wywoływało kolejną smugę. Kiedy dźwięk był spokojny smuga również płynęła spokojnie, a nawet kołysała się w powietrzu, jak dziecięcy balonik. Smugi spokojnych dźwięków owijały się wokół ciała, muskały je lekko jak letnia sukienka w kwiatki. Czasem smugi wystrzeliwały jakby były kulami armatnimi. Odbijały się wtedy od ścian i wchodziły prosto w moje serce. Aż bolało. I uwierały jak dwunastocentymetrowe szpilki po kilometrowym marszu. Albo były tak ulotne, że ledwo wyszły z klawiszy, a już rozpryskiwały migocząc jak gwiazdy. Smugi nie były tylko przedstawieniem dla oczu. Można było je również poczuć. Miały swój charakter, jedne były leniwe, spokojnie rozlewały się szerokimi potokami po całym kościele. Inne, wznosząc się w górę, spadały nagle na marmurową podłogę rozbijając się o nią z trzaskiem.

W tym momencie zrozumiałem dlaczego pani Ania mną zawładnęła. A właściwie nie pani Ania. To muzyka mną zawładnęła. To harmonia dźwięków, która spływała z palców naszej opiekunki.

Zawsze lubiłem śpiewać i zawsze chciałem nauczyć się grać na jakimś instrumencie. I może to przypadek, że pierwszym moim prawdziwym nauczycielem muzyki była kobieta. Zastanawiałem się co by się stało, gdyby nim był mężczyzna. Czy też bym uważał, że wszystko co piękne i dobre musi być stworzone palcami, których paznokcie są pomalowane.

Opublikowane przez:
weronika wilk
weronika_wilk




Do artykułu dodano 42 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Opowiadania

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8476
On line: 42
Zalogowani:
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Nasze życie zaczyna się kończyć w dniu, w którym zaczynamy przemilczać ważne tematy
Martin Luther King

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl